Limit długu to stara amerykańska tradycja. Określa on do jakiego poziomu rząd federalny może się zapożyczyć. Zwykle podwyższano go lub zawieszano bez większych problemów – nie licząc okresów tzw. zamknięcia rządu, czyli krótkoterminowego odcięcia funduszów dla większości administracji federalnej. Ostatni raz mieliśmy takie „zamknięcie” na przełomie 2018 i 2019 r., gdy Trump walczył z Kongresem o pieniądze na mur na granicy z Meksykiem. Do podobnej sytuacji doszło w 2013 r., podczas przepychanek o nieudaną obamowską reformę ubezpieczeń zdrowotnych. W 2011 r. przy okazji sporu o limit zadłużenia doszło zaś do mini-kryzysu – obcięcia przez agencję Standard & Poor’s ratingu kredytowego w USA. Było to pierwsze cięcie amerykańskiego ratingu w historii.
Obecnie amerykański limit zadłużenia wynosi 28,5 bln USD, a Departament Skarbu stosuje od sierpnia różne środki tymczasowe, by się w nim zmieścić i finansować bez zakłóceń funkcjonowanie administracji federalnej. Janet Yellen, amerykańska sekretarz skarbu, wysłała w zeszłym tygodniu list do przywódców obu partii w Kongresie, w którym ostrzegła, że możliwości korzystania z tych środków tymczasowych zostaną wyczerpane "w trakcie miesiąca października". Jeśli więc Kongres nie podniesie wcześniej limitu zadłużenia, to USA grozi techniczne bankructwo.
Dlaczego jednak Kongres miałby się nie dogadać w tak palącej kwestii? Bo demokraci chcą powiązać kwestię limitu zadłużenia ze swoją propozycją wydatkową wartą aż 3,5 bln USD. Republikanie nie chcą się na nią zgodzić. Zwłaszcza, że demokraci chcą przy okazji mocno podwyższyć podatki. Najmocniej od 1968 r.
Plany demokratów przewidują, że federalna stawka CIT wzrośnie z 21 proc. do 26,5 proc. (Do tego należy doliczyć stanowe stawki CIT wynoszące od 0 proc. do 11,5 proc.). Najwyższa stawka federalnego podatku od dochodów osobistych ma wzrosnąć z 37 proc. do 39,6 proc. Dodatkowo, osoby zarabiające powyżej 5 mln USD rocznie zostaną obłożone 3 proc. podatkiem. Jeśli doliczyć do tych danin podatki stanowe i miejskie, to najbogatsi mieszkańcy Nowego Jorku będą obciążeni stawką wynoszącą łącznie 61,2 proc. W Kalifornii taka stawka będzie wynosiła 59,7 proc., w New Jersey 57,4 proc. a na Hawajach 57,2 proc. Zebrane w ten sposób pieniądze mają pomóc sfinansować propozycję budżetową demokratów opiewającą na 3,5 bln USD.
Projekt demokratów obejmuje również podwyżkę podatku od zysków kapitałowych. Obecnie obowiązują w USA trzy stawki podatku od takich zysków osiąganych w długim terminie: 0 proc., 15 proc. i 20 proc. Demokraci chcą podwyższyć górną stawkę do 25 proc. Doliczyć do tego należy obowiązujący bogatych Amerykanów podatek od zysków inwestycyjnych netto wynoszący 3,8 proc. (wprowadzony w ramach reformy służby zdrowia przez administrację Baracka Obamy). De facto górna stawka podatku od zysków kapitałowych wyniesie więc 28,8 proc.
"W komunistycznych Chinach podatek od zysków kapitałowych wynosi 20 proc." - przypomina powiązana z republikanami organizacja Amerykanie za Reformą Podatkową (ATR). Podwyższenie CIT do 26,5 proc. będzie natomiast oznaczać, że jego stawka zrówna się z główną stawką obowiązującą we Francji. Po doliczeniu stanowego CIT, stawka w Kalifornii (łącznie 34,5 proc.) będzie wyższa niż w Wenezueli (34 proc.)
Administracja Bidena oczywiście to popiera. Obecny prezydent proponował przecież, by CIT wzrósł do 28 proc. W trakcie kampanii wyborczej Wall Street przekonywała, że te plany nie wejdą w życie a prezydentura Bidena będzie dobra dla gospodarki USA. No cóż, Biden jak na razie nie spełnia oczekiwań. Wielkomiejscy liberałowie, którzy na niego głosowali mogą się jednak pocieszać, że przynajmniej nie pisze „okropnych tweetów” o różnych ludziach…