Niechęć do Kamali Harris jest jedną z nielicznych kwestii, które w USA łączą ludzi z przeciwnych stron politycznego spektrum. Dla prawicy reprezentuje ona wszystko, co złe w lewym skrzydle Partii Demokratycznej: skrajną niekompetencję połączoną z chęcią prowadzenia ideologicznych krucjat. Dla lewicy jest ona przede wszystkim farbowanym lisem. Uprzywilejowaną byłą prokurator, która wsadzała przedstawicieli mniejszości rasowych do więzień za palenie marihuany, a później opowiadała jak jest oddana kwestii „sprawiedliwości rasowej”. Z jej biur w Białym Domu co jakiś czas idą przecieki mówiące, że dopuszcza się ona mobbingu wobec pracowników. Zarówno prawica jak i lewica zgadza się, że Kamala najbardziej wyróżnia się tym, że histerycznie się śmieje w najbardziej nieodpowiednich momentach. Porównuje się ją w memach do Jokera, a pracownicy Białego Domu nadali jej przydomek „Hiena”.
Kariera polityczna Kamali Harris jest w dużym stopniu wynikiem przypadków i znajomości. Zaczęła się, gdy w 1994 r. 30-letnia Kamala poznała starszego od niej o 31 lat (i dwa lata starszego od jej ojca) Williego Browna, bossa Partii Demokratycznej w San Francisco. Brown przez 15 lat był przewodniczącym zgromadzenia stanowego Kalifornii a w latach 1996-2004 burmistrzem San Francisco. Gdy stała się jego kochanką, podarował jej BMW i załatwiał dobrze płatne posady w stanowej administracji. Sponsorzy kampanii Browna rzucili się, by wpłacać pieniądze na kampanię Harris w wyborach na prokuratora okręgowego. Ona później nadzorowała śledztwa ich dotyczące. Doprowadziła m.in. do umorzenia śledztwa w sprawie stręczycielstwa w jednej z sieci klubów ze striptizem. Zapewne zupełnie przypadkowo właścicielem tych klubów był Sam Conti, przyjaciel burmistrza Browna. (Brown przemawiał później na jego pogrzebie.)
Stanowisko prokuratora okręgowego było dla Kamali trampoliną do kariery politycznej. W latach 2011-2017 była już prokuratorem generalnym Kalifornii (i jak tam przestępczość w tym słonecznym stanie? Spadła czasem za jej kadencji? Czy też może urosła?). W 2017 r. zasiadła w Senacie. W demokratycznych prawyborach szło jej jednak bardzo kiepsko i osiągała kilkuprocentowe poparcie. Zaskoczeniem dla wszystkich było więc, że wyznaczono ją jako kandydatkę na wiceprezydenta u boku Joe Bidena. Domyślano się, że zdecydowała polityczna poprawność (to, że Kamala jest kobietą, która raz sama się zaliczała do społeczności hinduskiej a raz do afroamerykańskiej). Jeśli Joe Biden zostałby odwołany ze stanowiska, to właśnie ta przypadkowa kandydatka zostałaby prezydentem. Tak samo byłoby, gdyby 78-letni Joe Biden nagle by śmiertelnie zaniemógł lub zginął w wypadku lub zamachu. Wówczas ksywka „Hiena”, jaką nadano Kamali nabrałaby nowego znaczenia…